Rozmawiamy z księciem komedii kryminalnej, Alkiem Rogozińskim.

1. „Nieboszczyk sam w domu” to Twoja piętnasta książka. Piętnasta! Nie wspominając o krótkich formach. Wiadomo, że na rynku mamy kilku autorów z dużym dorobkiem, ale zdradź proszę, czy to już wystarczająca liczba, by utrzymywać się z pisania i wszystkiego tego, co temu towarzyszy?

Moje czytelniczki doliczyły się, że nawet szesnasta. Jak wydać już nawet ja się gubię, choć z drugiej strony liczenie nigdy nie było moją mocną stroną i to nawet wbrew staraniom mojej licealnej matematyczki, która na pierwszej lekcji oświadczyła, że jeśli komuś się wydaje, że klasa humanistyczna jest azylem przed jej przedmiotem, to ona mu udowodni, jak bardzo się pomylił. I udowadniała, niestety. Mimo jednak jej starań nie naumiałem się zbyt dobrze tych wszystkich całek, cięciw i pierwiastków i być może dlatego teraz nie skalkulowałem, czy jestem w stanie utrzymać się z samego pisania. Czas pokaże. Póki starcza mi na chleb, masło i pomidory, od których jestem uzależniony, oraz bonus w postaci biletu do Paryża, nie będę narzekał.

2. Patrząc na wszystkie książki, które wyszły spod Twojego pióra, można odnaleźć wyjątkową regularność i powtarzalność w… objętości. Z czego to wynika? Masz jakąś maszynkę, która nie pozwala na ni mniej, ni więcej?

To chyba wynika z moich predyspozycji czytelniczych. Nie lubię bardzo długich książek, bo pod koniec nie pamiętam, co było na początku. Podobno to efekt torbieli szyszynki, a przynajmniej tak mnie pocieszyła kiedyś jedna z moich czytelniczek, u której też zdiagnozowano tę dolegliwość. Skoro zaś nie lubię czytać „misiów grubasków”, to i nie będę takich pisał, bo byłbym hipokrytą. Pod względem objętości ideałem są dla mnie powieści Agathy Christie. Nie za krótkie, nie za długie, po prostu w sam raz!

3. Podczas swojej kariery zmieniałeś często wydawców. To chęć spróbowania czegoś nowego, nawiązanie nowych kontaktów biznesowych. A może wynika to z czegoś innego?

Każdy wydawca ma swoją filozofię sprzedaży książek. I niestety często bywa tak, że przy okazji wpada w rutynę. A ja tego nie lubię. Skoro dla mnie każda książka jest nową przygodą, to i od wydawców oczekuję, że wymyślą przy okazji jej promocji coś oryginalnego. Nie lubię też słów „nie da się”. Kiedyś od jednego z wydawców usłyszałem, że jego zdaniem nie da się już sprzedawać więcej moich książek, że doszliśmy do szklanego sufitu i on nie ma na to pomysłu, jak się przez niego przebić. A poza tym jemu ten wynik się podoba. Przyjąłem to na klatę, ale nie zaakceptowałem jako dobrej diagnozy, tylko poszukałem kolejnego wydawcy i wraz z nim podwoiliśmy wyniki sprzedaży. Czyli jednak się dało. Z perspektywy czasu i doświadczenia wiem, że warto mieć więcej niż jednego wydawcę, a czytelnikom jest w sumie obojętne, jaki znaczek znajduje się na książce. Oni na szczęście idą za autorem, a nie wydawcą.

4. Nie zważając na logotyp na okładce, często spotykamy się w opisach z mianem księcia komedii kryminalnej. Lubisz chodzić w tych butach czy może zaczynają Cię nieco cisnąć i chciałbyś na przykład napisać thriller albo iść w ślady Blanki?

W ślady Blanki to zdecydowanie nie. Wolę mieć seks niż o nim pisać! Thriller też mnie raczej nie kusi, już prędzej powieść historyczna. Na razie jednak nie zamierzam porzucać komedii kryminalnych. Czasy są smętne i trzeba robić co się tylko da, aby czytelników zrelaksować, oderwać od rzeczywistości i sprawić, aby czasem się uśmiechnęli. Próbuję to robić i cieszę się, kiedy dostaję sygnały, że to się udaje. Kiedy stracimy poczucie humoru, to będzie po nas. Ponury naród to żaden naród.

5 „Nieboszczyk sam w domu” to nie tylko zabawna i dobrze skonstruowana powieść, ale przede wszystkim wspaniała galeria postaci. Skąd bierzesz pomysły na taką różnorodność – i co najważniejsze – wiarygodność tylu postaci?

Obserwuję ludzi i… kradnę od nich co się da. Powiedzonka, opowiadane historie, cechy wyglądu i charakteru. Wszyscy pisarze to straszliwi złodzieje. Kieszonkowiec buchnie co najwyżej portfel, a dobry literat albo literatka ukradnie nawet duszę.

6. Obserwując Twoją działalność w mediach społecznościowych zastanawia mnie, skąd w Tobie tyle energii i czasu dla czytelników. Zakładam, że to miłe, kiedy obcy ludzie piszą laurki, ale chyba też czasochłonne i na dłuższą metę upierdliwe, czy nie?

Przez pół życia z różnych przyczyn czułem się straszliwie samotny. A dzięki Internetowi znalazłem setki znajomych. Wiele z takich wirtualnych przyjaźni zamieniło się w rzeczywiste. Podobnie jest teraz z czytelnikami – udało nam się stworzyć na Facebooku grupę dobrych znajomych. Nie ma tu hejtu, nie leje się żółć, skupiamy się na tym, co pozytywne. Wchodząc tu, sam czuję się tak, jakbym znalazł się na fajnej domówce. Lubię tu być i lubię moje czytelniczki i moich czytelników.

Tagi: ,

Podobne wpisy

by
Poprzedni wpis Następny wpis